RSS
środa, 08 kwietnia 2009

Sobota wieczór. Klub Ping. Po ciężkim dniu pracy (i cięzkiej poprzedniej nocy) paru nauczycieli, oraz ich asystentów postanowiło się zrelaksować przy paru piwkach i tequili. Kajka siedzi sobie (ciągle kulturalnie) i dyskutuje z MJ, gdy Carmen (zwana również Carmelittą) woła Kajkę tekstem "Kaja! you have to hear this!!". Kajka zaciekawiona przesiada się w okolice Carmelitty, widzi otoczonego biednego chłopaka (US) przez Martinę (Bułgaria) i Carmen (Rumunia).

Kajka zaciekawiona się pyta: what's going on here?

Carmen odpowiada: He thinks that Germany is the eastern most country in Europe!

Kajka zareagowała: Ohohooo, I have to hear this.

Po wilu pytaniach typu: "tell us few other comunist countries in Eastern Europe' i pozostawieniu ich bez odpowiedzi, zapytaliśmy...

"So, each one of us is from different country in Eastern Europe. We will tell you the first letter, and you guess the country"

"Ok.."

"R....."

Tu zapadła cisza i jakieś dziwne odpowiedzi, których na dzień dzisiejszy Carmelitta nie jest w stanie sobie przypomnieć, lecz po pewnym czasie padło "Romania". Punkt dla niego. Przynajmniej połowa. Podobna sprawa z Bułgarią. Za to punktu jedna czwarta. Przyszła najlepsza część, a przynajmniej najbardziej nas interesująca.

"P...."

"what?"

"P...."

".... Bolivia !"

(Nastąpiła duża fala śmiechów, chichrów i innych takich brzdęków)

"P!!!!!!"

"aaaaaa P! like prostitute?"

"Can be....."

"Dunno..."

"Poland!"

"O.....sorry geography is not my strong point. I have studied political science."

"And you don't know what Poland is?!"

W tym momencie podszedł jego kolega "Lucky! you have 3 beautiful girls sitting with you"

Carmelitta nie pozostawiła chłopca w niewiedzy.

"Really? so sit here"

"Tell us where Poland is"

Odpowiedź równie błyskotliwa: "Somewhere between Germany and France"

Kajka padła na zawał, wypuściła kubek z ręki, powiedziała "God bless your soul" i poszła.

Po chwili wróciła, gdzie dyskusja była równie napięta z Panem od Boliwii. "Actually, my mother was kinda Polish. Her family name was S-z-y-b-k-a (czy przynajmniej coś w tym stylu). We used to eat a lot of PIEROGI and KIEŁBASA when we were young."

 

Konkluzję zostawię dla Waszych dobrych, Polskich serc. I innych, którzy byli wtedy z nami, słyszeli, widzieli a potem pili żeby zapomnieć. O czym zapomnieć? Że słyszeli. 

 

wtorek, 07 kwietnia 2009

W końcu !!

Chronologicznie:

Dzień pierwszy - Szanghaj

 

Shanghai

 

Dzień drugi - Szanghaj, Yu Yuan Garden, Old Town, kolacja i dużo kantońskiego!

 

Yu Yuan

 

 

Old Town

 

Dzień Trzeci - Beijing, Plac Tiananmen i Zakazane Miasto, wycieczka dookoła i Hutongi z Tybetańską herbatką

 

Beijing Zakazane Miasto

 

Beijing

 

Dzień Czwarty - Beijing, wycieczka dookoła - Ming Tombs, Great Wall i inne double cocoons

 

Wielki Mur!!

 

Dzień Piąty - Lama Temple oraz Temple of Heaven

Świątynia Nieba

 

Lama Temple

 

Dzień Szósty - Suzhou

 

Suzhou

 

 

 

poniedziałek, 16 lutego 2009

Widzieliście kiedyś odcinek South Park pod tytułem: „Night of the living homeless” z hasłem przewodnim „spare some change” ? Jeśli nie, to polecam serdecznie a będzie można zobaczyć jak mniej więcej wyglądają zakupy na chińskim targu. Targi te, znajdujące się w budynkach kilkupiętrowych różnią się od targów na świeżym powietrzu tylko tym, że w zimie nie zamarznie się między jednym a drugim, a wieczorem ciągle widać wszystkie produkty. W ciągu naszego czterodniowego pobytu w Pekinie, chiński targ odwiedziliśmy 2 razy, zapominając o świecie, o zimnie, o głodzie i – podczas drugiego pobytu – o tym, że za chwilę mamy pociąg powrotny do Szanghaju. I wypadałoby na niego zdążyć.


Wybierając się na taki targ wypada wiedzieć kilka rzeczy.

  1. Wiemy co chcemy kupić i nie dać się skusić na 'bag, watch, DVD' od niewiadomo jakich projektantów.

  2. Należy zdawać sobie sprawę, że wszystkie Conversy, Everlasty, Manolo Blahniki i inne Dolce & Gabbany są podróbkami. Idealnymi, ale podróbkami. Może się zdarzyć też, że ponieważ i tak wszystko jest Made in China, kupimy oryginały cichaczem zwinięte z fabryki. Szanse na oryginały są jednak cieniutkie.

  3. Wszystkich o delikatnym sercu oraz tych, którzy czczą swoje oryginalne skarpetki/paski/torebki/buty radzę nie wchodzić na salę targu gdyż niejednokrotnie będzie można dostać zawału widzą produkty 'projektantów' leżące na kupie gdzieś między innymi rzeczami. Przykładem może być mój osobiście ulubiony Louis Vuitton ciągnięty po podłodze w plastikowym worku.

  4. Chińskie podróbki są i-den-ty-czne. Miałam w ręku Everlasty z metką o treści 'Made in Korea'.

  5. Chińczycy są natarczywi, krzyczą, łapią i ciągną. Trzeba być stanowczym i 'a no ja niiieeee wieeeeem' nie wchodzi w grę.

  6. Jeśli jest możliwość – nie mówić po angielsku! Chiński byłby przez sprzedających porządany, ale lepsza rozmowa na migi niż być odebranym jako głupi amerykanin, któremu można wszystko wcisnąć.

  7. Początkowe ceny są kosmiczne ! Słysząc 300 Yuanów, śmiało można się targować od 20. To, że na początku nas wyśmieją to nic, wszyscy przecież wiemy, że dana rzecz nie jest warta więcej niż 15 Yuanów.

  8. Chińczycy próbują nam wcisnąć każde kłamstwo. Pałeczki, oczywiście 'hand-made', mimo że bezczelnie widoczne są na nich fabrycznie naklejone lub wyrzeźbione elementy. To samo tyczy się różnego rodzaju przedmiotów do kaligrafii – mimo że na pierwszy rzut oka plastik aż po nim bije, sprzedawca idzie w zaparte 'this is ox! Ox!'. Ciekawa sprawa również z ubraniami: oczywiście zawsze drogocenny 'jedwab'!

  9. Płaczącymi Chińczykami naprawdę nie ma co się przejmować. Ich zachowanie jest jedynie na pokaz i zaraz po największej stracie życia i wylanych łzach, będą z Tobą rozmawiać i śmiać się.


Uzbrojeni w to doświadczenie możemy spokojnie wybierać się na podbój chińskich marketów i przeżyć coś, czego zapewne nie zapomnimy do końca życia.

A gdy nie widzimy szansy na kolejne obniżenie ceny, wystarczy odwrócić się i odejść. Działa zawsze.

czwartek, 29 stycznia 2009


Kiedy ma się kilka dni na zwiedzenie kraju tak dużego jak Chiny, i ma się ograniczone fundusze tak jak przeciętni studenci z pracą dorywczą oraz świadomość, że przez następne kilka dni raczej się w łóżku nie wyśpi, trzeba wymyślić plan, żeby wilk był syty i podróżniczki całe.


Po pierwszym dniu w Szanghaju kupiłyśmy bilety do stolicy, zwanej Pekinem, szarpiąc się na hard sleeper.


Porada praktyczna !

Jeśli czeka nas dłuższa wyprawa chińskim pociągiem i nie jest wyjątkowo ciepło oraz/lub nie czujemy się na siłach na chińskie pogaduszki, warto kupić 'hard sleeper'. Różnica w cenie między hard sleepers a soft sits jest minimalna a warunki naprawdę niezłe. Jeśli nie mamy co robić z pieniędzmi można wykupić soft sleepers, ale za te pieniądze to już można kupić lot na promocji.


Ceny zależą od pociągu i trasy, warto więc sprawdzić (koniecznie wcześniej!) w internecie ceny, oraz godziny, gdyż może się zdarzyć, że musimy wracać do miasta gdzie mamy lot a jedyny wolny pociąg to luksusowy express, gdzie soft sits kosztuje tyle co hard sleepers.


Pociągi sprawdzić można w kilku miejscach w internecie, nie gwarantuje to jednak tego, że może się okazać, że taki pociąg owszem był, ale 5 lat temu lub zmieniono godziny odjazdu dosyć znacznie.


Jeśli chodzi o samo kupowanie biletu, można je nabyć w różnych biurach, nie tylko na dworcu. Miałam jednak przyjemność kupowania jedynie na dworcu i muszę powiedzieć, że jest to przeżycie niezapomniane. Sam fakt około 20 kas a przy każdej kolejki jak dzień przed Wigilią po karpia.


Kasy dla obcokrajowców można znaleźć w dużych miastach, ale 'dużych' na Chińskie standardy. W mniejszych natomiast bilety kolejowe kupić można, ale z jakąś znajomością chińskiego jest znacznie prościej.


Kiedy już mamy bilet kolejowy, należałoby podążyć do naszego pociągu – z tym raczej nie ma problemów, i nie mówię tu tylko do fanów gier typu 'escape'. Wszystko jest ładnie oznaczone po chińsku a także po angielsku (przeważnie).


Ważne!

Zawsze warto zapamiętać znak miasta do którego się wybieramy. Ot tak, na wszelki wypadek.


Okazuje się też, że chińskie pociągi to wcale nie rozlatujące się starocie, pełne brudnych chińczyków śmiecących dookoła. Tzn – nie wszystkie. Na poprawę tego stanu na pewno miała wpływ Olimpiada, przez co między większymi\olimpijskimi miastami większośc pociągów jest całkiem niezła, a na pewno 'wow!' porównując do ogólnej wiedzy o chińskich pociągach.


W tych lepszych maszynach można można też spotkać się z komunikatami po angielsku, więc istnieje realna szansa, że nie prześpimy swojego miasta docelowego.


Ciekawostka:

Moje pierwsze doświadczenie z chińskimi pociągami miało miejsce na trasie Szanghaj – Pekin: hard sleeper. Po 2 godzinach zrozumiałam, że jadę Orwellowską maszyną wprost do pokoju 101. Z głośników ukrytych w suficie wydobywala się chińska muzyka oraz cudowny, czysty głos kobiety, do końca niewiadomo do czego nawołującej, ale myślę że nietrudno zgadnac. Obok głosu kobiety, słychać było głos mężczyzny, zapewne prostego lecz silnego Chińczyka. Przygrywała im lekko tradycyjna chińska muzyka z nutką patriotyczną. Nad głową oświetlały nas świetlówki przyczepione do sufitu, dumnie posiadające plastikowe przyciski 'on' oraz jego przeciwieństwo 'off'. Mało tego, że nie działające – nawet nie naciskalne. Przyciski te bowiem były zwykłym plastikiem 'przyspawanym' do świetlówki.

A o 22.30 światła wraz z muzyką gasną.

Pora spać.

Mamy kilka godzin, bo już z samego rana obudzi nas nie tylko światło wpadające zza szyby, ale także głos silnych, zdrowych chińskich patriotów.

wtorek, 20 stycznia 2009

Kiedy ma się do dyspozycji 9 dni urlopu, a chce się wyskoczyć do kraju wielkości większej od Watykanu, warto zrobić 'turystyczny plan', z zaznaczeniem priorytetów i zostawieniem co najmniej dnia na niezbadane niespodzianki.

Nam, trzem międzynarodowym studentkom urzędującym obecnie w Południowej części Południowej Korei, przyszedł do głowy pomysł (w mojej głowie obecny już przez dobre kilka lat), by podczas naszego pierwszego urlopu, przypadającego akurat na Święta Bożego Narodzenia, zrobić króciutką podróż po Chińskiej Republice Ludowej. Króciutką, bo co można zobaczyć przez 9 dni. Okazuje się, że nie tak mało. Zobaczyć, a przede wszystkim przeżyć.

Wybierającym się w tak dalekie strony szczerze polecam zapoznanie się z chociażby jedną tysięczną chińskich zwyczajów. Bez żadnej wiedzy szok kulturowy może być ogromny. Może, ale wcale nie musi.

Okazuje się też, że najtrudniejszym momentem w całej podróży jest jej planowanie. A szczególnie kupowanie biletów lotniczych w języku koreańskim, oraz szukanie połączeń między chińskimi miastami. W języku chińskim. Oczywiście.

Gdy mamy już przygotowane ubrania na grudniową pogodę w okolicach Wielkiego Muru, bilety w kieszeni i paszporty w miejscu widocznym, śmiało możemy ruszać na podbój Państwa Środka. Krótki, ale krótki, ale zawsze podbój.


Pierwszym miastem na naszej liście był Szanghaj – miasto kontrastów. Już podczas pierwszego dnia, a właściwie wieczoru dane nam było zobaczyć co to znaczy żyć w mieście takim jak Szanghaj – pełnym przeogromnych budynków bez końca, zatapiających swoje czubki między chmurami, i oświetlające ulice ścianami z wbudowanymi ekranami.

Pełnym Francuzów przechadzających się między uliczkami,przypominających europejskie, siedzących w knajpkach i popijających piwo. Pełnym Starbucks'ów, McDonalds'ów i Donkin Donuts....ów i przede wszystkim KFC na każdej ulicy.

Podczas pierwszej przechadzki na Szanghajskiej promenadzie można zobaczyć to, co jest nie tylko bardzo często w Chinach, ale przede wszystkim jest obecne w miastach podobnych do Szanghaju.

Gdzie są bogaci, tam są biedni. I nie wiadomo, których jest więcej. Wystarczy wysiąść z taksówki/autobusu/zsiąść z roweru i można zatopić się w morzu wyciągniętych rąk, proszących o Yuana i mówiących 'money, xiexie ni'.(xiexie ni -= dziękuję). I zignorować się nie da (jednak trzeba !!), bo nie raz doświadczyłyśmy wspinania się na nas chińskich żebraków. Kilku nawet za nami pobiegło! Często również do żebrania wykorzystywane są dzieci, ale to zabieg znany powszechnie. Żebracy są najbardziej natrętni, ale nie tylko oni są irytujący. Handlarze wszelkimi dobrami (tak zwane 'nikomu niepotrzebne pierdoły') są również wszędzie i sprzedają każdy produkt. Nie da się przejść przez jedną z większych ulic w Szanghaju i nie usłyszeć 'hello miss? Bag? Watch ? DVD?'

Kto był w Szanghaju i nie słyszał tego zdania (dokładnie tego samego) z ust co najmniej setki różnych ludzi w ciągu dnia, nie wiem jakimi kanałami chodził, ale chcę je poznać.

Po tygodniu słyszenia 'Bag? Watch DVD?', 'Bag? Watch DVD?', 'Bag? Watch DVD?' , przywykłam do tej formułki tak bardzo, że gdy w Suzhou na ulicy zaczepił mnie kolejny sprzedawca i zapytał 'hello miss... Bag? Watch?....', zapytałam '....DVD?'. Niestety jego odpowiedź brzmiała 'o no no no, DVD, no no!' Pojawiło się podejrzenie w naszych głowach, że DVD można nabyć tylko w większych miastach, lub panu skończyły się po prostu zapasy.

Uliczni sprzedawcy nie są jednak tak natarczywi (oczywiście potrafią być) jak żebracy i przynajmniej można się czasem z nimi pośmiać.

Jednak najbardziej natarczywi sprzedawcy i żebracy nie są w stanie odciągnąć wzroku od Szanghajskiej Promenady w sobotni wieczór. Światła okalające widok na ogromne, nowoczesne budynki powoduje, że wyglądają jeszcze bardziej majestatycznie. Nic jednak nie trwa wiecznie i światła na Promenadzie gasną automatycznie o 22.30

Nie pozostało nam więc nic innego jak tylko pójść do centrum, przejść się główną ulicą, usłyszeć kilkadziesiąt razy 'Bag? Watch DVD?' i przygotować się psychicznie na to, co nas czeka przez najbliższy tydzień.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5